Dieta, dieta, dieta!

Dieta, dieta, dieta!

Często słyszę pytania o dietę. Czy stosuję jakąś konkretną czy to antyrakową czy inną. Poniżej odpowiadam najpełniej jak mogę. 

Na przestrzeni ostatnich 4 lat korzystałam z kilku porad dietetycznych, przeczytałam wiele książek o żywieniu, sporo artykułów. Czasami mam wrażenie że nadal wiem niewiele. Innym razem bawię się w eksperta i daję wykłady wszystkim tym, którzy zechcą mnie słuchać ;-). Wiem sporo o tłuszczach, o dodatkach do żywności (choć też nie ogarniam wszystkich – na szczęście są aplikacje na telefony, które pomagają).

Nie stosuję żadnego konkretnego schematu żywieniowego. Staram się wykorzystać wiedzę, którą zdobyłam, żeby jeść smacznie. Lubię jedzenie i trudno mi sobie wyobrazić życie bez smaku.

A jak smaczne jedzenie pogodzić ze zdrowym jedzeniem? Jak dietę cukrzycową pogodzić z lekkostrawną. To ostatnie połączenie to ogień i woda. I ja tak lawiruję. Są okresy, że nie jem w ogóle mięsa, znowu za jakiś czas coś mi się zmienia i jednak mięso wcinam i to nie tylko białe. Naczytam się o zdrowych właściwościach chia, to robię koktajle z tymi nasionami. Po jakimś czasie zbrzydnie mi to i robię sobie przerwę. Przy wszystkim staram się nie popadać w obłęd i przesadę. Zachować odrobinę dystansu, bo jak już dawałam znać, sporo informacji krążących w internecie i prasie, to nic innego jak sprytny marketing.

A teraz kilka kardynalnych zasad w mojej kuchni. Stosowanych nie li tylko ze względu na brak: trzustki, prawego płata wątroby, woreczka żółciowego, sporej części dwunastnicy, odźwiernika żołądka i przemodelowanej jamy otrzewnej, ale dlatego, że to jest zdrowe i smaczne ;-)!!!

  1. Rezygnacja z alkoholu. I to doradzam wszystkim, a zwłaszcza tym mającym problemy z trzustką. Bez alkoholu da się żyć ;-).
  1. Nie smażę. Unikam tłuszczu w obróbce termicznej (z patelni). Najczęściej tłuszcz dodaję do gotowej potrawy. Na swój własny użytek wymyśliłam szybkie parzenie. Wygląda to tak:

Mam garnek z grubej stali (szybkowar), którego używam jak czegoś w rodzaju WOKa, tyle, że nie smażę w nim tylko szybko gotuję w małej ilości wody, która mocno paruje.  Po 3-5 minutach takiej obróbki termicznej (dbam, żeby wody nie było za dużo, ale i nie za mało, żeby nic nie przywarło) Warzywa takie jak brokuł, marchew, cukinia, papryka, pomidory, seler naciowy, włoszczyzna wychodzą lekko „twardawe”. Pod koniec dodaję niewielką ilość tłuszczu.

  1. Czytam etykiety i nie jem produktów wysoko przetworzonych. Stworzyłam sobie stałą bazę produktów, po które najczęściej sięgam. Ale są to produkty, które dają mi możliwości tworzenia z nich różnych potraw. Jeżeli sami nie wiecie, które E są szkodliwe, a które niegroźne, można ściągnąć aplikacje na smartphone’a.
  1. Unikam potraw wzdymających m.in. cebula, kalafior, soczewica, generalnie strączkowe. Ale zanim się z nimi pożegnałam sprawdziłam, jak mój układ trawienny toleruje te warzywa. Nie chciałam się pozbywać wszystkich strączkowych z mojej diety, bo to cenne warzywa w naszej diecie. Okazało się, że niektóre mogę jeść – np. kiełki soczewicowe, fasolę adzuki czy fasolę mung. Mój przewód pokarmowy akceptuje w umiarkowanych ilościach cieciorkę. Zjedzenie odrobiny zielonej lub żółtej fasolki w zupach też obywa się bez reperkusji. Generalnie listy zdrowych warzyw i produktów o działaniu przeciwnowotworowym znajdziecie w podanych linkach, a już sami musicie sprawdzić, co możecie jeść.
  1. Kasza dobra na wszystko. Bardzo lubię kasze. Od pęczaku, gryczanej palonej i nie palonej, przez orkiszową, burgul, po owsianą. Ryże, makarony i pieczywo raczej wybieram razowe. Choć od czasu do czasu zdarza mi się zjeść i jakieś pieczywo mieszane, czy w ogóle z białej mąki – ale wtedy cukier mi wybija bardziej niż zwykle ;-).
  1. Dwa – trzy razy w tygodniu jem też orzechy czy nasiona. Albo moczę je przez noc, albo mielę i staram się nie przekraczać 20 gram na raz – przy większej ilości po prostu źle się czuję – mam uczucie ciężkości na żołądku.
  1. Nabiał. Był okres, kiedy pod wpływem mody odstawiłam nabiał, ale nie zauważyłam żadnej różnicy, a zaczęło mi brakować cennego źródła białka. Wybieram głównie produkty zakwaszane. Oczywiście jogurty, sery i twarogi naturalne – bez cukru i substancji słodzących i jak najmniej przetworzone. Zwłaszcza zwracam uwagę na zawartość substancji o nazwie karagen – jest ona bardzo częstym dodatkiem – stabilizatorem do śmietany, jogurtów czy deserów dla dzieci. Jest sporo przesłanek, że działa rakotwórczo. Więc unikam produktów go zawierających, jest całkiem szeroka oferta produktów niezawierających tego dodatku. Raczej nie jadam twardych żółtych serów, serów pleśniowych 🙁 – są ciężkostrawne a można się bez nich obejść.
  1. Kiszonki. Już od pierwszych tygodni chemii piję zakwas z buraków. Bardzo go lubię. Jest łatwy w przygotowaniu a florze bakteryjnej dobrze robi. Kiszonki są teraz bardzo popularne i wszędzie zachwala się ich prozdrowotne właściwości. Trochę sama kiszę: pomidory, cytryny, buraki, białą rzodkiew, kim chi, ogórki, kapustę. Ciekawe są to eksperymenty. Nie zawsze udane w 100%. Na początku chorowania moja koleżanka po chorobie Agnieszka, lekarka, doradziła mi dbać bardzo o florę bakteryjną jelit. Na różnych etapach choroby używałam bądź aptecznych probiotyków, bądź koncentratów probiotycznych dostępnych w sklepach ze zdrową żywnością, ewentualnie zakwasków (bakterii) do domowej produkcji jogurtów.
  1. Przyprawiam, żeby smak potrawy był wyrazisty. Używam dużej ilości ziół świeżych i suszonych. Różnych kuchni. Nie zauważyłam do tej pory, żeby umiarkowanie pikantne potrawy mi szkodziły, więc ich nie unikam. Do wszystkiego do czego się da dodaję kurkumę z odrobina chili.
  1. Super foods – ale bez przesady i obsesji i z uwzględnieniem portfela. Płatki zbożowe pełnoziarniste, jagody goji, nasiona chia, siemię lniane, chlorella, masło, jajka i wiele wiele innych… przewinęło się i przewija tego trochę przez moją kuchnię. Tak jak pisałam zdrowa żywność jest obecnie obiektem sprzedaży i marketingu. Nie wierzę, że jedzenie może mnie uleczyć z raka. Z pewnością może mnie wesprzeć w zdrowieniu i jak potrafię i jak mnie stać korzystam z dobrodziejstw dostępności wszystkiego.
  1. Małe zdrowotne rytuały.  Przez około 2 lata pijałam codziennie rano zalane ciepłą wodą siemię lniane i olej z kurkumą i odrobiną chili (stosuję oleje: lniany, rydzowy, z czarnuszki, z wiesiołka, oliwę z oliwek, tłuszcz kokosowy).  Na łyżkę daję łyżeczkę od herbaty kurkumy z chili i dolewam trochę oleju, mieszam i szybko łykam. Jakiś czas temu zaprzestałam tego zwyczaju, choć kurkumę z tłuszczem staram się codziennie spożywać. Teraz jestem w posiadaniu koziej siary, to zamiast oleju daję ok 20-30 ml koziej siary, w zimie robiłam sobie złote mleko.
    Przepis gdzieś wyczytałam w internecie. Nie pytajcie mnie, czy to działa, czy mam jakieś dowody, czy gdzieś wyczytałam, że właśnie takie połączenie jest najlepsze. Traktuję to trochę jak rytuał, to ma być taki szczególny zabieg zadbania o siebie. Jak medytacja (też próbowałam i próbuję z różnymi efektami) czy spacer, bieganie lub jazda na rowerze.
  1. Suplementy. To chyba temat rzeka. Nie biorę ich z zasady i mam sporo wstrzemięźliwości w tej kwestii. Suplementuję witaminę D (mam niedobory). Jeżeli miewam skurcze to sięgam po magnez. Przy braku trzustki muszę do każdego posiłku brać enzymy trawienne, wtedy też poleca się branie kwasu foliowego (ale z tym ostatnio różnie bywa). Na pewno warto jakoś z lekarzem skonsultować zasadność suplementacji. Poziom wielu witamin i minerałów można zbadać z krwi. Żeby jeszcze lekarze chcieli się nad tymi kwestiami pochylać, ale zdarza się to rzadko i dlatego moim zdaniem czasami pacjenci w panice sięgają absolutnie po wszystko. A to może nie pomagać, a wręcz szkodzić.
    Ja na przykład na samym początku wydałam kilka tysięcy złotych na bi.bran i nie potrafię sobie odpowiedzieć, na ile mi to pomogło, na pewno dużo kosztowało ;-).
  1. Odżywki medyczne. Często polecane przez lekarzy (moim zdaniem to efekt działalności marketingowej firm je produkujących). Podobnie jak do suplementów diety jestem do nich dość sceptycznie nastawiona. Nie mniej przy kłopotach z jedzeniem, po operacjach, czy w trakcie chemioterapii zwłaszcza przy spadku wagi (ważyłam w pewnym momencie 44 kg, a przez przeszło dwa lata nie byłam w stanie przekroczyć bariery 47) sięgałam i po odżywki. Najbardziej pasowały mi nie te gotowe słodkie drinki a białko w proszku. Wygląda jak mleko dla dzieci. Kupowałam puszkę i codziennie sobie dawkowałam. W aptekach można też kupić mieszankę tłuszczy i to też na samym początku stosowałam. Ale ta żywność jest makabrycznie droga. Uważam, że jeżeli można tylko normalnie jeść i nie traci się wagi, to odżywki nie są niezbędne.
  1.  Radość z jedzenia. Uważam, że póki się da, jedzenie oprócz wartości odżywczych i energii powinno dawać jak najwięcej radości i jak najmniej wyrzutów sumienia. W początkowej fazie choroby obsesyjnie przyglądałam się temu, co jem, zachodząc w głowę, co mi służy, co jest szkodliwe, czy cukier karmi raka, a co z ukochanymi lodami i czekoladą. Na oddziale onkologicznym często pada … a to Paaani piiiije xxx.. a to Paaani jeee yyy? Kochaaaana! Pani odstawi zzz trzustka/wątroba nie lubi xyz… uh.
    Moja ukochana lekarka, potrafiła stwierdzić: Ty nie jedz tego zielonego, to się nie przyswaja! Szło i cały czas idzie zwariować. Nowo upieczony pacjent słowa chłonie jak gąbka, a potem mieli w głowie. Z czasem bywa trochę, ale tylko trochę 😉 łatwiej.

Po prostu informacji często sprzecznych od innych chorych, od lekarzy, w książkach, w internecie dostajemy tak dużo, że naprawdę niepotrzebnie można przekroczyć granice zdrowego rozsądku. Ba! Popaść w obsesję. Z perspektywy tych 4 lat mówię Wam –  jedzenie jest ważne i dobrze sobie dietę i nawyki żywieniowe ułożyć na nowo. Ale nie traćcie głowy. Nie zamęczajcie się wyrzutami sumienia po zjedzeniu czegoś „niezdrowego”. Nie przyjmujcie bezrefleksyjnie wszystkich zasłyszanych rewelacji. Nie katujcie się głodówkami, bo w jednej książce wyczytaliście, że to leczy z raka.
Polecam na youtube kanał podmikroskopem, jest dla mnie cennym źródłem informacji.