Grossglockner – wejście na szczyt w realu i w przenośni

Grossglockner – wejście na szczyt w realu i w przenośni

Grossglockner

Góra nie była za darmo. Bez puszenia się, kosztowała nas sporo wysiłku. Było zimno, wiało, padał śnieg, ale te kilka minut na szczycie było warte tych niedogodności.

W czwartek 14.07.2016 roku popołudniu ruszyliśmy z parkingu przy Lucknerhause 1920 m npm. Do naszej wyprawy dołączył Jacek, chłopak z Olsztyna, który akurat w drodze powrotnej z wakacji w Słowenii zajechał do Kals, żeby zdobyć „Grossa”. Był bardzo sympatycznym i wspierającym kompanem, zwłaszcza, że miał już trochę doświadczenia zdobytego w Alpach.

Ruszyliśmy około 15. Po niecałych trzech godzinach przyjemnego marszu dotarliśmy do schroniska Studlehutte na 2802 m. Schronisko było świetne. Dużo wspinaczy właśnie stamtąd rusza na górę, więc panowała w nim atmosfera „wyczynu”. Na korytarzu grupki dopasowujące uprzęże i raki do butów, a w jadalni podnieceni wspinacze słuchający swoich przewodników. Nasz przewodnik – Ambros dotarł do schroniska dopiero po 22, więc mieliśmy wersję skrócona 😉. Wymarsz zaplanowaliśmy na 5.45.

Noc była trudna

Czy to duchota w sali, czy nerwy przed wejściem, coś sprawiło, że żadne z naszej trójki nie przespało dobrze nocy. O 4.45 była pobudka, nieprzytomni zeszliśmy na śniadanie i próbowaliśmy wcisnąć coś do zaspanych brzuchów. Wyszliśmy jako jedni z ostatnich tuż przed szóstą. Przywitało nas jasne błękitne niebo. Naiwnie myśleliśmy, że tak już będzie. Po 30 minutach doszliśmy do lodowca. Założyliśmy raki i związaliśmy się liną. Tam pojawiły się pierwsze chmury i zimny silny wiatr. Lodowiec mimo, że dla mnie i Wojciecha pierwszyzna, był wymagający, ale nie wyczerpujący. Po kolejnej godzinie dotarliśmy do skały z via ferratą. Taką trochę jak tatrzańskie łańcuchy. Czterdzieści minut męczącej wspinaczki i wyszliśmy wprost na schronisko Erzh-Johann-Hutte. Zdobyliśmy kolejny etap 3454 m. Bardzo nas to ucieszyło, bo wiatr i padający śnieg dał już nam trochę w kość.

Kryzysy

W schronisku miałam mały kryzys i zastnawiałam się czy iść dalej. Na szczęście nie tylko mi, ale i chłopakom sfiksowały brzuchy, więc wychodziło, że to nie kwestia mojego zdrowia tylko wysokości. I po 20 minutach odpoczynku nabrałam chęci do dalszej wspinaczki. Zwłaszcza, że szczyt był już blisko.
Od wyjścia przywitał nas lodowaty wiatr. Momentami aż mnie przesuwał. Do tego padał śnieg i nic nie było widać. Szłam za naszym przewodnikiem i skupiona byłam tylko na tym, żeby iśc za nim noga za nogą. Nic nie było widać, nawet wspinaczy przed nami. Bez przewodnika nie mielibyśmy pojęcia, gdzie iść.
Po 20 minutach dotarliśmy do bardzo stromego śnieżnego żlebu. Szliśmy zygzakiem, od jednej do drugiej strony. W ruch poszły czekany. Wiatr odrobinę odpuścił, ale dała o sobie znać wysokość i łapałam nieprzyjemną zadyszkę. Zaczęła mnie trochę boleć głowa i przyszedł drugi kryzys. Ale moja rezygnacja oznaczałaby zawrócenie całej wyprawy, w takiej pogodzie nie dałabym rady sama zejść do schroniska, więc zacisnęłam zęby i parłam dalej. Doszliśmy do skalnej grani. Wiatr ucichł odrobinę. Cieszyłam się, że nie za dużo widać. Bo czasem jak trochę przewiewało chmury można było zobaczyć wielkie stromizny i przepaście i pomyślałam sobie, że z pełną widocznością mogłabym jednak stchórzyć ;-).

Szczytowanie

Godzina wymagającej fizycznie wspinaczki skalnej, trzy ostre lodowe granie do pokonania. Niby krótkie 2-3 metry, ale jedna wąska na długość stopy. Nawet świadomość, że jestem związana liną zabezpieczoną o palik wbity w skałę nie pomagała. Ale byłam z siebie dumna, bo nie pokonałam go okrakiem (jak planowałam) a jedynie na przykurczonych nogach ;-).
Około 10.15 osiągnęliśmy szczyt. Byłam wzruszona, bo była to dla mnie nie lada trudność. Dumna z siebie i z Wojciecha. W głowie huczało.

Odrobinę się wypogodziło. Można było zrobić kilka fotek. Ale chciałam jak najszybciej schodzić. Jak tylko ruszyliśmy wiatr zaczął hulać, a ponieważ momentami ruch był wahadłowy, bo inni dopiero wchodzili, czasem trzeba było się zatrzymać i poczekać. Wiatr przewiercał zatoki mimo super ciepłej czapki i kasku i kaptura. Przewodnicy zaczynali popędzać swoich podopiecznych. A okazało się, że wspinaczka w dół bywa trudniejsza niż w górę.

Trudna droga w dół

Przed dwunastą byliśmy z powrotem w Erzh-Johann-Hutte i zaczęłam się zastanawiać, czy dam radę zejść. Zupa w schronisku podniosła morale i po odpoczynku ruszyliśmy w dół. Lodowiec w dół był super. Szło się szybko i nogi mocno nie bolały. O 14 byliśmy z powrotem w Studlehutte. I zaliczyliśmy kolejny kryzys. Od schodzenia bolały mnie kolana. Obydwoje z Wojciechem byliśmy wykończeni. Całe szczęście, że był z nami Jacek, który podtrzymywał nas na duchu. Przepakowaliśmy plecaki, bo rano mój plecak zostawiliśmy w schronisku i w górę szłam na lekko.
Znowu pół godziny odpoczynku, gorąca herbata i jedzenie i jakoś się zebraliśmy. Nie było lekko, nogi bolały już bardzo. Po przeszło dwóch godzinach szcześliwie dotarliśmy na parking. Jeszcze tylko mała awantura po spotkaniu z synem, bo okazało się, że on nie chciał jechać samochodem tylko autobusem i pokrzyżowaliśmy mu swoim zejściem plany 😉 i można było pojechać do penzionu i pójść spać.

Post Scriptum

Dziś, kiedy zamieszczam tę relację napisaną przeszło dwa lata temu, patrzę na tę historię z dystansu i widzę, że ta góra  miała i ma dla mnie znaczenie symboliczne.  Przy okazji organizacji tego wejścia dokonałam bardzo ważnego acz prostego odkrycia: wszystko zaczyna się w głowie. Trzeba pokonać w myśleniu tę magiczną przeszkodę to podcinające skrzydła .. ale przecież …  a marzenie przekuwa się w plan, a potem staje się rzeczywistością. Pokonywanie własnych granic mentalnych i fizycznych daje niezwykłe poczucie mocy. To nie musi być Grossglockner, to może być Babia Góra, przetruchtanie dwóch kilometrów, wyjście na spacer do lasu, ważne, że chcemy pokonać własne ograniczenia … za granicą naszych możliwości dzieją się rzeczy magiczne.